31 sierpień 2004 (sirpień)
Wypadek
Mój pech, którego z powodzeniem starczyłoby dla całej armii
sprytnie uśpił moją czujność, aby dziś ponownie zaskoczyć mnie
swoim wyrafinowaniem. Najlepiej by było, gdybym w ogóle nie
wstawał dziś z mojego prowizorycznego łóżka, choć wtedy pewnie
spadłby na mnie sufit. Rano jak zawsze pojechałem rowerkiem
do pracy i na miejscu zdałem sobie sprawę, że nie wziąłem kluczy
do mojej "pracowni". Wsiadłem więc na rower i z powrotem
do domu. I wtedy uderzył we mnie samochód. Jeszcze nie zapomniałem
tego uczucia całkowitej bezradności, kiedy moje ciało po prostu
uderzyło w ziemię, kiedy wywinąłem fikołka przed pracą, a już
moja głowa musiała znowu zderzyć się z czymś twardym. Tym razem
była to jednak przednia szyba samochodu, a pyzatym prędkość
była duuużo większa. Wstałem, nie wiedząc jak znalazłem się
z tyłu samochodu. Zobaczyłem leżący gdzieś nieopodal rower,
a raczej to co z niego zostało. Ku mojemu zdziwieniu w przedniej
szybie widniało zagłębienie w kształcie mojej głowy, z którego
pęknięcia promieniowały na całą jej powierzchnię. Ja jednak
nic nie czułem! Może tylko przypływ energii. Poprosiłem mojego
oprawcę, aby zawiózł mnie i zwłoki roweru do mnie do domu. On
cały czas namawiał mnie, abyśmy pojechali do lekarza. Ja sam
nie mogłem uwierzyć, że nic mi nie jest. Rozstaliśmy się przed
moją klatką bez pożegnania. Niestety okazało się, że Martin
już pojechał do pracy, a ja wszystkie klucze zostawiłem w drugich
jeansach! Nie denerwowałem się, czułem jakąś dziwną obojętność,
miałem po prostu wszystkiego dość. I wtedy zaczęły opadać emocje
i zaczął się ból. Najpierw ręka, potem noga, kark i głowa. Ta
ostatnia powolutku zaczynała pulsować.
Udało mi się zostawić rower u sąsiadki. Po czasie uświadomiłem
sobie, że powinienem był zadzwonić na policję, jednak w momencie
wypadku byłem tak zaskoczony, że kompletnie straciłem wenę...
25 sierpień 2004 (sirpień)
Dziś tylko wierszyk.
21 sierpień 2004 (sobota)
Srebrna Góra
Poszedłem spać o 1 w nocy, a o 4-tej trzeba było się budzić.
Obiecałem rodzicom, że spotkamy się u babci, w Ząbkowicach Śląskich.
Sprawdziłem jeszcze raz połączenie na stronie PKP: 6:20. Kupiłem
bilet, od razu w dwie strony, bo taniej i poszedłem na informację
dowiedzieć się, z którego peronu odjeżdża, bo nie mogłem znaleźć
na tablicy. Tam jedynie dowiedziałem się, że pociągu takowego
w ogóle nie ma, a najbliższy dojeżdża tylko do Kamieńca Ząbkowickiego.
Kiedy powiedziałem zdziwiony, że na oficjalnej stronie internetowej
widnieje "nieistniejące" połączenie, dowiedziałem
się tylko, że "na Internecie się nie sprawdza". I
tyle. Kupionym biletem mogłem więc sobie podetrzeć... Poszedłem
więc na autobus. Ku mojemu zdziwieni przyjechał o 6:40, luksusowy
i niedrogi. Po co ja w ogóle szedłem na stacje? PO tych przebojach
na śniadanko w końcu dotarłem. Po południu, po małej drzemce
wyruszyłem z ojcem na podbój Srebrnej Góry i tamtejszych fortów.
Przepraszm za opóźnienia, ostatnio troszke mi się czas skurczył.
Niedługo postaram się opisać całkiem udany weekend, narazie
tylko mały zwiastun:

ps. Pozdrawiam wziąż anonimowych wielbicieli
z DREZDENKA!
19 sierpień 2004 (czwartek)
Postanowiłem się nie poddawać. Wycisnąłem z roweru ile się
dało, bijąc chyba niejeden rekord olimpijski. Rzuciłem rzeczy
o pobiegłem na przystanek, do którego niestety miałem jakiś
kilometr. Tym razem nie miałem zamiaru kupować biletów, przejechałem
więc prawie cały Wrocław na gapę (zresztą tam i z powrotem).
Oczywiście od przystanku miałem kolejny kilometr do sklepu.
Wysiadając z tramwaju zdałem sobie sprawę, że do zamknięcia
sklepu mam jakieś 8 minut! Nie wiem skąd znalazłem w sobie siłę
na dalszy bieg. Wpadłem do sklepu buraczkowy i zdyszany. W oczach
sprzedawców czaił się strach. Wyksztusiłem w końcu, że przyszedłem
po wentylator. Jestem pezwein, że sprzedawca oddałby mi go za
darmo, dorzucając coś jeszcze, gdzyż z jego twarzy nie ustępował
wyraz ofiary napadu. Jestem jednak uczciwy, zapłaciłem i szczęśliwy
poszedłem do domu.
18 sierpień 2004 (środa)
Dzisiaj kolejne podejście do wygranego na aukcji wentylatora.
Pominąwszy czas jaki mi to zajmowało (w sumie około 3 godzin,
kiedy to umierałem z głodu i żaru) to jeszcze na bilety wydałem
już tyle co kosztowała by wysyłka do domu. Tak właśnie zwykle
wychodzę na kombinacjach, na których chcę zaoszczędzić. No i
poza tym dzisiaj znowu nie zdążyłem! W drodze powrotnej powtarzałem
sobie tylko spokojnie, tylko spokojnie
17 sierpień 2004 (wtorek)
Allegro(wi) oszuści
Wsiadłem jak najszybciej na rower, żeby tym razem nie spóźnić
się na tramwaj do sklepu, w którym wylicytowałem wentylator,
dzięki któremu nasz komputer może zacznie w końcu ciszej pracować.
Klika przesiadek tramwajowych, w każdym oczywiście zostawiłem
2 złote, niestety nie pomogło. Sklep na moje nieszczęście znajdował
się za placem Grunwaldzkim i było otwarty tylko do 17. Zrezygnowany
poczłapałem do domu. Na rynku postanowiłem jednak załatwić inną
aukcję dysk twardy. Znalazłem więc Eurobank, gdzie miał konto
mój sprzedawca i wpłaciłem gotówkę. Kasjerka zapomniała jednak
wpisać tytuł przelewu. Ja chciałem już odpuścić, ale jej bardzo
zależało na naprawieniu pomyłki. Dała mi więc druczek przelewu
i zaczęła wypisywać wszystko jeszcze raz. Moją uwagę przykuło
imię właściciela: DAGMARA !? Najpierw pomyślałem, że to może
dane kasjerki, a potem, że prawdopodobnie przekręciłem cyferkę
w numerze konta. Poprosiłem więc panią przy kasie o podanie
mi numeru konta allegrowicza, które podał przy opisie aukcji.
Okazało się, że takiego delikwenta w ogóle u nich nie ma! Jakimś
cudem całą operację można było jeszcze odwołać. Po przyjściu
do domu znalazłem na skrzynce e-mailowej listy od osób, które
nie miały tyle szczęścia i straciły pieniądze (było ich około
trzydziestu!). Nie wiem jak ta historia się skończy, ale koleś
był sprytny wybrał bank, który słynie z dokonywania przelewów
bez potwierdzenia zgodności numeru z danymi posiadacza rachunku,
a jako lipną aukcję wybrał najbardziej chodliwą, którą prowadził
jeden ze znanych sprzedawców. Żeby ściągnąć chętnych obniżył
cenę, ale tylko o 10 złotych, żeby nie wzbudzić podejrzeń. W
sumie jeden dysk kosztował u niego 360 złotych! I komu teraz
można ufać?
13-stka do końca: dziennik odwiedzono już 487 razy, a
więc jeszcze 13 wizyt i miniemy pół tysiąca!! Może przygotować
jakąś nagrodę?
16 sierpień 2004 (poniedziałek)
To my Polacy...
Jednym z planów, jakich nie udało mi się zrealizować na weekend
była wizyta u fryzjera. Dlaczego nie chciałem iść we Wrocławiu?
Po pierwsze jest tu dużo drożej, po drugie bardzo trudno znaleźć
kogoś, kto widząc kolejnego faceta od razu łapie za maszynkę
ustawioną na 4 milimetry. Powodów jeszcze kilka mógłbym wymienić,
ale tak czy siak byłem skazany na wizyt właśnie w jednym z takich
zakładów. Pomimo, że pracowały tam kobiety, za mnie zabrał się
jakiś starszy facet. Prawdę mówiąc oprócz trefnego, który nieraz
eksperymentował na mnie w Anglii, był to pierwszy mężczyzna
który mnie strzygł. I mam nadzieję, że ostatni. Najpierw mało
co nie udusił mnie fartuchem, po czym zgodnie z moimi obawami
złapał za maszynkę i rozmawiając z jakąś koleżanką zaczął mnie
golić nie pytając nawet o moje zdanie! Widząc moje zdziwienie
zapytał pro forma "jak strzyżemy", ale nawet nie słuchał
odpowiedzi wciąż pochłonięty rozmową z jakąś rozhisteryzowaną
starszą panią, która snuła niemal wrzeszcząc fantazję o jakimś
zboczonym policjancie, który chciał ją zakuć w kajdanki i zaciągnąć
do radiowozu najprawdopodobniej w celu gwałtu. Skąd w ogóle
takim ropuchom przychodzą takie niestworzone fantazje do głowy?!
Mój fryzjer oprawca wyraźnie jednak przejął się opowieścią,
strzygł mnie bowiem coraz krócej i brutalniej, szarpiąc moją
głową w każdą stronę. Każdemu pewnie nasuwa się pytanie dlaczego
nie zareagowałem. Nie reagowałem nawet, gdy ten partacz goląc
mnie jedną ręką, drugą wykręcił numer i zaczął gadać przez telefon.
Wykonał w sumie z 4 rozmowy, czasami nawet nie patrząc, jak
mnie goli. Nie reagowałem, bo powoli czułem się, jakbym oglądał
jakąś chorą komedię, w której główny bohater nie zmieni nic
bez względu na swoją dobrą wolę. Może jedynie wybrać albo
to wszystko olać, albo dostać pierdoląca. Ja na pierdoląca na
razie jeszcze nie jestem gotowy więc staram się wszystko jak
najbardziej olewać. Mam nadzieję, że jeszcze tak trochę pociągnę.
A więc rzeźnik dokończył makabrycznego dzieła, na koniec jeszcze
strzepując na mnie zamiast na ziemię włosy z fartucha (cudowne
zwieńczenie mojego przyduszania przez 20 minut), a ja poczułem,
że zbliżam się do krawędzi. Uśmiechnąłem się więc, zapłaciłem
i jak najszybciej wyszedłem. Fryzjer znajduje się na Grabiszyńskiej,
około numeru 120 nie idźcie tam!
Martin podsumował, że teraz "wyglądam ... bardzo dynamicznie"
(?).
14 sierpień 2004 (sobota)
O 10 rano zawitałem w rodzinne strony. Za każdym razem przyjeżdżając
do Zgorzelca wydawał mi się mniejszy. I za każdym razem miałem
mnóstwo spraw do załatwienia, których i tak pewnie załatwić
mi się nie uda. Jedno z nich postanowiłem spełnić bez względu
na przeciwności losu pojechać na Witkę i choć raz w tym roku
poczuć lasu. A los oczywiście robił wszystko, żeby mi przeszkodzić
chmury, wiatr, deszcz niczym nie udało mi się mnie zrazić.
A nawet udało mi się namówić mamę, żeby jechała ze mną i z ojcem,
który nigdy nie przepuszcza takich okazji. Byliśmy jedynymi,
którzy zdecydowali się wskoczyć do wody, nie przyjmując się
czerwoną flagą.

13 sierpień 2004 (piątek)
Robię się coraz bardziej przesądny. Nie dość, że uwierzyłem
już, że powodem moich wszystkich problemów towarzyskich jest
parszywy znak zodiaku, który przypadł mojej dacie urodzin, to
jeszcze dzisiaj po pracy nie wyściubiłem nosa z domu aby przypadkiem
nie dopadł mnie skondensowany dziś pech. Posiedziałem więc przed
komputerem i poszedłem spać.
Pomimo tygodniowej przerwy pewne osoby wciąż mnie odwiedzają.
Dziękuję i jeszcze raz proszę o wpisanie się, abym wiedział,
komu mogę podziękować osobiście.
11 sierpień 2004 (środa)
Pech mnie nie opuszcza. Wręcz przeciwnie mam wrażenie, że
próbuje jeszcze bardziej pogorszyć moje opłakane samopoczucie.
Każdego ranka budzę się z przerażeniem wspominając ostatnie
wydarzenia i zastanawiając się co mnie spotka dzisiaj. Zmuszam
się do wstania, do wyjścia z domu i do oddania się na pastwę
swojej kompletnie roztrzepanej natury. Dzisiaj los znowu wdeptał
mnie w ziemię i to tym razem dosłownie wyjeżdżając z pracy
na rowerze ma oczach kolegów niemal nie przeleciałem przez kierownicę.
Byłem tak rozpędzony, że najpierw uderzyłem w żwir w obronnym
geście dłońmi, co mnie jednak nie wyhamowało. Dlatego zdzierając
głęboko skórę oprócz łokcia, barku i lewej kostki, z ziemią
spotkała się też głowa. Nie przejmowałem się tak bardzo bólem
gorszy był wstyd. W domu znowu iście jak Rambo pokropiłem
sobie rany najmocniejszą wodą po goleniu, po czym, wciąż jeszcze
wściekły i przybity, udałem się na PKP, gdzie straciłem komórkę.
Tak jak się spodziewałem, nikt nie próbował nawet pomóc mi jej
odzyskać. Jedyne co usłyszałem to pytanie, czy "nie otworzył
mi się spadochron?". Na myśl, że za dwa dni obudzę się
w piątek trzynastego, przechodzą mnie dreszcze.
Na życzenie kolegi Adasia umieszczam pierwszy
skan:
Gitara służyła mi do zeszłego tygodnia,
kiedy to jakiś pijany muzyk pozrywał mi struny na przystanku
tramwajowym. Nie będę się zagłębiał w szczegóły, bo coraz poważniejsi
ludzie odwiedzają tą stronkę.
04 sierpień 2004 (środa)
Przyszedł czas zamontować szafki. Martin zabrał się za wiertarkę,
a ja za odkurzacz (który pamięta chyba jeszcze powstanie Warszawskie,
o którym wszyscy ostatnio mówią i piszą). Niestety, gdy wiertło
po dwóch minutach wiercenia zagłębiło się zaledwie na milimetr,
Martin doszedł do wniosku, że prawdopodobnie wwierca się w rurę
i postanowił wiercić 10 cm obok. I tu dopiero zaczęły się problemy.
Okazało się, że po prostu ta ściana jest tak twarda, że musimy
użyć specjalnego wiertła i trybu udarowego, aby cokolwiek osiągnąć.
Najgorsze było jednak to, że po godzinie strasznego hałasowania,
od którego dzwoniły zęby prawdopodobnie wszystkim mieszkańcom
bloku, okazało się, że otwory rozstawione są za szeroko i nie
możemy założyć szafki! Było jednak za późno i byliśmy zbyt zdegustowani,
żeby kontynuować tą farsę.

03 sierpień 2004 (wtorek)
Umówiłem się dziś z Elą na Króla Artura. Będąc na miejscu
zdałem sobie sprawę, jak rzadko chodzę do kina filmy typu
DivX zdominowały obecnie dział filmowy w moim życiu. Dlatego
czułem się nawet nieco spięty chyba czas wziąć się za swoje
życie towarzyskie może następny będzie musical West Side
Story? Sam film nie zaparł mi dechu w piersi, miałem wrażenie
jakby ktoś włożył do worka 10-ciu superbohaterów, dziesięć historyjek
o Rzymianach i ich wrogach i jeszcze kilka efektów specjalnych
po czym wyrzucił zawartość na kliszę filmową nie zastanawiając
się, czy to się w ogóle trzyma kupy. No i faktycznie wyszedł
z tego całkiem inny film o Artku. Po filmie jeszcze piwko z
chlebkiem w Spiżu, spacer do domku, kilka słów do dziennika
i lulu.