..tak jak ostatnio,
mój dziennik dedykuję bliskim..

 

1674417
 
napisz do mnie
wpisz się przeglądaj wpisy czerwiec lipiec

Linki:

 

Debiuty twórcze:

 

Wspomnienia z Anglii

 

Rysunki '96

 

Aplikacja multimedialna

 

Wierszyki:

Anioł

Walentynki

Pamiętam

 

Pozostałe:

Autoprezentacja

Zdjęcia z Zakopanego

Zdjęcia głównie z Anglii

 

31 sierpień 2004 (sirpień)

 

Wypadek

 

Mój pech, którego z powodzeniem starczyłoby dla całej armii sprytnie uśpił moją czujność, aby dziś ponownie zaskoczyć mnie swoim wyrafinowaniem. Najlepiej by było, gdybym w ogóle nie wstawał dziś z mojego prowizorycznego łóżka, choć wtedy pewnie spadłby na mnie sufit. Rano jak zawsze pojechałem rowerkiem do pracy i na miejscu zdałem sobie sprawę, że nie wziąłem kluczy do mojej "pracowni". Wsiadłem więc na rower i z powrotem do domu. I wtedy uderzył we mnie samochód. Jeszcze nie zapomniałem tego uczucia całkowitej bezradności, kiedy moje ciało po prostu uderzyło w ziemię, kiedy wywinąłem fikołka przed pracą, a już moja głowa musiała znowu zderzyć się z czymś twardym. Tym razem była to jednak przednia szyba samochodu, a pyzatym prędkość była duuużo większa. Wstałem, nie wiedząc jak znalazłem się z tyłu samochodu. Zobaczyłem leżący gdzieś nieopodal rower, a raczej to co z niego zostało. Ku mojemu zdziwieniu w przedniej szybie widniało zagłębienie w kształcie mojej głowy, z którego pęknięcia promieniowały na całą jej powierzchnię. Ja jednak nic nie czułem! Może tylko przypływ energii. Poprosiłem mojego oprawcę, aby zawiózł mnie i zwłoki roweru do mnie do domu. On cały czas namawiał mnie, abyśmy pojechali do lekarza. Ja sam nie mogłem uwierzyć, że nic mi nie jest. Rozstaliśmy się przed moją klatką bez pożegnania. Niestety okazało się, że Martin już pojechał do pracy, a ja wszystkie klucze zostawiłem w drugich jeansach! Nie denerwowałem się, czułem jakąś dziwną obojętność, miałem po prostu wszystkiego dość. I wtedy zaczęły opadać emocje i zaczął się ból. Najpierw ręka, potem noga, kark i głowa. Ta ostatnia powolutku zaczynała pulsować.
Udało mi się zostawić rower u sąsiadki. Po czasie uświadomiłem sobie, że powinienem był zadzwonić na policję, jednak w momencie wypadku byłem tak zaskoczony, że kompletnie straciłem wenę...

 

25 sierpień 2004 (sirpień)

 

Dziś tylko wierszyk.

 

21 sierpień 2004 (sobota)

Srebrna Góra

Poszedłem spać o 1 w nocy, a o 4-tej trzeba było się budzić. Obiecałem rodzicom, że spotkamy się u babci, w Ząbkowicach Śląskich. Sprawdziłem jeszcze raz połączenie na stronie PKP: 6:20. Kupiłem bilet, od razu w dwie strony, bo taniej i poszedłem na informację dowiedzieć się, z którego peronu odjeżdża, bo nie mogłem znaleźć na tablicy. Tam jedynie dowiedziałem się, że pociągu takowego w ogóle nie ma, a najbliższy dojeżdża tylko do Kamieńca Ząbkowickiego. Kiedy powiedziałem zdziwiony, że na oficjalnej stronie internetowej widnieje "nieistniejące" połączenie, dowiedziałem się tylko, że "na Internecie się nie sprawdza". I tyle. Kupionym biletem mogłem więc sobie podetrzeć... Poszedłem więc na autobus. Ku mojemu zdziwieni przyjechał o 6:40, luksusowy i niedrogi. Po co ja w ogóle szedłem na stacje? PO tych przebojach na śniadanko w końcu dotarłem. Po południu, po małej drzemce wyruszyłem z ojcem na podbój Srebrnej Góry i tamtejszych fortów.

Przepraszm za opóźnienia, ostatnio troszke mi się czas skurczył. Niedługo postaram się opisać całkiem udany weekend, narazie tylko mały zwiastun:

        

 
ps. Pozdrawiam wziąż anonimowych wielbicieli z DREZDENKA!

19 sierpień 2004 (czwartek)

 

Postanowiłem się nie poddawać. Wycisnąłem z roweru ile się dało, bijąc chyba niejeden rekord olimpijski. Rzuciłem rzeczy o pobiegłem na przystanek, do którego niestety miałem jakiś kilometr. Tym razem nie miałem zamiaru kupować biletów, przejechałem więc prawie cały Wrocław na gapę (zresztą tam i z powrotem). Oczywiście od przystanku miałem kolejny kilometr do sklepu. Wysiadając z tramwaju zdałem sobie sprawę, że do zamknięcia sklepu mam jakieś 8 minut! Nie wiem skąd znalazłem w sobie siłę na dalszy bieg. Wpadłem do sklepu buraczkowy i zdyszany. W oczach sprzedawców czaił się strach. Wyksztusiłem w końcu, że przyszedłem po wentylator. Jestem pezwein, że sprzedawca oddałby mi go za darmo, dorzucając coś jeszcze, gdzyż z jego twarzy nie ustępował wyraz ofiary napadu. Jestem jednak uczciwy, zapłaciłem i szczęśliwy poszedłem do domu.

 

18 sierpień 2004 (środa)

 

Dzisiaj kolejne podejście do wygranego na aukcji wentylatora. Pominąwszy czas jaki mi to zajmowało (w sumie około 3 godzin, kiedy to umierałem z głodu i żaru) to jeszcze na bilety wydałem już tyle co kosztowała by wysyłka do domu. Tak właśnie zwykle wychodzę na kombinacjach, na których chcę zaoszczędzić. No i poza tym dzisiaj znowu nie zdążyłem! W drodze powrotnej powtarzałem sobie „tylko spokojnie, tylko spokojnie…”

 

17 sierpień 2004 (wtorek)

 

Allegro(wi) oszuści

 

Wsiadłem jak najszybciej na rower, żeby tym razem nie spóźnić się na tramwaj do sklepu, w którym wylicytowałem wentylator, dzięki któremu nasz komputer może zacznie w końcu ciszej pracować. Klika przesiadek tramwajowych, w każdym oczywiście zostawiłem 2 złote, niestety nie pomogło. Sklep na moje nieszczęście znajdował się za placem Grunwaldzkim i było otwarty tylko do 17. Zrezygnowany poczłapałem do domu. Na rynku postanowiłem jednak załatwić inną aukcję – dysk twardy. Znalazłem więc Eurobank, gdzie miał konto mój sprzedawca i wpłaciłem gotówkę. Kasjerka zapomniała jednak wpisać tytuł przelewu. Ja chciałem już odpuścić, ale jej bardzo zależało na naprawieniu pomyłki. Dała mi więc druczek przelewu i zaczęła wypisywać wszystko jeszcze raz. Moją uwagę przykuło imię właściciela: DAGMARA !? Najpierw pomyślałem, że to może dane kasjerki, a potem, że prawdopodobnie przekręciłem cyferkę w numerze konta. Poprosiłem więc panią przy kasie o podanie mi numeru konta allegrowicza, które podał przy opisie aukcji. Okazało się, że takiego delikwenta w ogóle u nich nie ma! Jakimś cudem całą operację można było jeszcze odwołać. Po przyjściu do domu znalazłem na skrzynce e-mailowej listy od osób, które nie miały tyle szczęścia i straciły pieniądze (było ich około trzydziestu!). Nie wiem jak ta historia się skończy, ale koleś był sprytny – wybrał bank, który słynie z dokonywania przelewów bez potwierdzenia zgodności numeru z danymi posiadacza rachunku, a jako lipną aukcję wybrał najbardziej chodliwą, którą prowadził jeden ze znanych sprzedawców. Żeby ściągnąć chętnych obniżył cenę, ale tylko o 10 złotych, żeby nie wzbudzić podejrzeń. W sumie jeden dysk kosztował u niego 360 złotych! I komu teraz można ufać?

 

 

13-stka do końca: dziennik odwiedzono już 487 razy, a więc jeszcze 13 wizyt i miniemy pół tysiąca!! Może przygotować jakąś nagrodę?

 

16 sierpień 2004 (poniedziałek)

 

To my Polacy...

 

Jednym z planów, jakich nie udało mi się zrealizować na weekend była wizyta u fryzjera. Dlaczego nie chciałem iść we Wrocławiu? Po pierwsze jest tu dużo drożej, po drugie bardzo trudno znaleźć kogoś, kto widząc kolejnego faceta od razu łapie za maszynkę ustawioną na 4 milimetry. Powodów jeszcze kilka mógłbym wymienić, ale tak czy siak byłem skazany na wizyt właśnie w jednym z takich zakładów. Pomimo, że pracowały tam kobiety, za mnie zabrał się jakiś starszy facet. Prawdę mówiąc oprócz trefnego, który nieraz eksperymentował na mnie w Anglii, był to pierwszy mężczyzna który mnie strzygł. I mam nadzieję, że ostatni. Najpierw mało co nie udusił mnie fartuchem, po czym zgodnie z moimi obawami złapał za maszynkę i rozmawiając z jakąś koleżanką zaczął mnie golić nie pytając nawet o moje zdanie! Widząc moje zdziwienie zapytał pro forma "jak strzyżemy", ale nawet nie słuchał odpowiedzi wciąż pochłonięty rozmową z jakąś rozhisteryzowaną starszą panią, która snuła niemal wrzeszcząc fantazję o jakimś zboczonym policjancie, który chciał ją zakuć w kajdanki i zaciągnąć do radiowozu najprawdopodobniej w celu gwałtu. Skąd w ogóle takim ropuchom przychodzą takie niestworzone fantazje do głowy?! Mój fryzjer oprawca wyraźnie jednak przejął się opowieścią, strzygł mnie bowiem coraz krócej i brutalniej, szarpiąc moją głową w każdą stronę. Każdemu pewnie nasuwa się pytanie dlaczego nie zareagowałem. Nie reagowałem nawet, gdy ten partacz goląc mnie jedną ręką, drugą wykręcił numer i zaczął gadać przez telefon. Wykonał w sumie z 4 rozmowy, czasami nawet nie patrząc, jak mnie goli. Nie reagowałem, bo powoli czułem się, jakbym oglądał jakąś chorą komedię, w której główny bohater nie zmieni nic bez względu na swoją dobrą wolę. Może jedynie wybrać – albo to wszystko olać, albo dostać pierdoląca. Ja na pierdoląca na razie jeszcze nie jestem gotowy więc staram się wszystko jak najbardziej olewać. Mam nadzieję, że jeszcze tak trochę pociągnę. A więc rzeźnik dokończył makabrycznego dzieła, na koniec jeszcze strzepując na mnie zamiast na ziemię włosy z fartucha (cudowne zwieńczenie mojego przyduszania przez 20 minut), a ja poczułem, że zbliżam się do krawędzi. Uśmiechnąłem się więc, zapłaciłem i jak najszybciej wyszedłem. Fryzjer znajduje się na Grabiszyńskiej, około numeru 120 – nie idźcie tam!
Martin podsumował, że teraz "wyglądam ... bardzo dynamicznie" (?).

14 sierpień 2004 (sobota)


O 10 rano zawitałem w rodzinne strony. Za każdym razem przyjeżdżając do Zgorzelca wydawał mi się mniejszy. I za każdym razem miałem mnóstwo spraw do załatwienia, których i tak pewnie załatwić mi się nie uda. Jedno z nich postanowiłem spełnić bez względu na przeciwności losu – pojechać na Witkę i choć raz w tym roku poczuć lasu. A los oczywiście robił wszystko, żeby mi przeszkodzić – chmury, wiatr, deszcz – niczym nie udało mi się mnie zrazić. A nawet udało mi się namówić mamę, żeby jechała ze mną i z ojcem, który nigdy nie przepuszcza takich okazji. Byliśmy jedynymi, którzy zdecydowali się wskoczyć do wody, nie przyjmując się czerwoną flagą.

       

13 sierpień 2004 (piątek)

 

Robię się coraz bardziej przesądny. Nie dość, że uwierzyłem już, że powodem moich wszystkich problemów towarzyskich jest parszywy znak zodiaku, który przypadł mojej dacie urodzin, to jeszcze dzisiaj po pracy nie wyściubiłem nosa z domu aby przypadkiem nie dopadł mnie skondensowany dziś pech. Posiedziałem więc przed komputerem i poszedłem spać.

 

Pomimo tygodniowej przerwy pewne osoby wciąż mnie odwiedzają. Dziękuję i jeszcze raz proszę o wpisanie się, abym wiedział, komu mogę podziękować osobiście.

 

11 sierpień 2004 (środa)

 

Pech mnie nie opuszcza. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że próbuje jeszcze bardziej pogorszyć moje opłakane samopoczucie. Każdego ranka budzę się z przerażeniem wspominając ostatnie wydarzenia i zastanawiając się co mnie spotka dzisiaj. Zmuszam się do wstania, do wyjścia z domu i do oddania się na pastwę swojej kompletnie roztrzepanej natury. Dzisiaj los znowu wdeptał mnie w ziemię i to tym razem dosłownie – wyjeżdżając z pracy na rowerze ma oczach kolegów niemal nie przeleciałem przez kierownicę. Byłem tak rozpędzony, że najpierw uderzyłem w żwir w obronnym geście dłońmi, co mnie jednak nie wyhamowało. Dlatego zdzierając głęboko skórę oprócz łokcia, barku i lewej kostki, z ziemią spotkała się też głowa. Nie przejmowałem się tak bardzo bólem – gorszy był wstyd. W domu znowu iście jak Rambo pokropiłem sobie rany najmocniejszą wodą po goleniu, po czym, wciąż jeszcze wściekły i przybity, udałem się na PKP, gdzie straciłem komórkę. Tak jak się spodziewałem, nikt nie próbował nawet pomóc mi jej odzyskać. Jedyne co usłyszałem to pytanie, czy "nie otworzył mi się spadochron?". Na myśl, że za dwa dni obudzę się w piątek trzynastego, przechodzą mnie dreszcze.

 

Na życzenie kolegi Adasia umieszczam pierwszy skan:

Gitara służyła mi do zeszłego tygodnia, kiedy to jakiś pijany muzyk pozrywał mi struny na przystanku tramwajowym. Nie będę się zagłębiał w szczegóły, bo coraz poważniejsi ludzie odwiedzają tą stronkę.

 

04 sierpień 2004 (środa)

 

Przyszedł czas zamontować szafki. Martin zabrał się za wiertarkę, a ja za odkurzacz (który pamięta chyba jeszcze powstanie Warszawskie, o którym wszyscy ostatnio mówią i piszą). Niestety, gdy wiertło po dwóch minutach wiercenia zagłębiło się zaledwie na milimetr, Martin doszedł do wniosku, że prawdopodobnie wwierca się w rurę i postanowił wiercić 10 cm obok. I tu dopiero zaczęły się problemy. Okazało się, że po prostu ta ściana jest tak twarda, że musimy użyć specjalnego wiertła i trybu udarowego, aby cokolwiek osiągnąć. Najgorsze było jednak to, że po godzinie strasznego hałasowania, od którego dzwoniły zęby prawdopodobnie wszystkim mieszkańcom bloku, okazało się, że otwory rozstawione są za szeroko i nie możemy założyć szafki! Było jednak za późno i byliśmy zbyt zdegustowani, żeby kontynuować tą farsę.

      

 

 

03 sierpień 2004 (wtorek)


Umówiłem się dziś z Elą na „Króla Artura”. Będąc na miejscu zdałem sobie sprawę, jak rzadko chodzę do kina – filmy typu DivX zdominowały obecnie dział filmowy w moim życiu. Dlatego czułem się nawet nieco spięty – chyba czas wziąć się za swoje życie towarzyskie – może następny będzie musical „West Side Story”? Sam film nie zaparł mi dechu w piersi, miałem wrażenie jakby ktoś włożył do worka 10-ciu superbohaterów, dziesięć historyjek o Rzymianach i ich wrogach i jeszcze kilka efektów specjalnych po czym wyrzucił zawartość na kliszę filmową nie zastanawiając się, czy to się w ogóle trzyma kupy. No i faktycznie wyszedł z tego całkiem inny film o Artku. Po filmie jeszcze piwko z chlebkiem w Spiżu, spacer do domku, kilka słów do dziennika i lulu.


02 sierpień 2004 (poniedziałek)

 

Z samego rana przywitała mnie 10-cio metrowa kolejka przy kiesku ruchu. Oficjalna wersja dotyczyła zakupu biletów miesięcznych. Ale nieoficjanie słyszałem gdzieś ostatnio, że kolejki są NAJBARDZIEJ charakterystyczną cechą Polaków - nie pijaństwo i nie kradzieże, ale właśnie kolejki. Dlatego wystałem 15 minut w kolejce za jednym biletem, narażając się na spóźnienie na tramwaj. I do tego jeszcze postanowiłem nie kasować biletu. Na złość kanarom, albo wrednemu losowi, sam nie wiem. Nikt mnie nie sprawdził.

Po pracy pojechałem z Martinem do pizzerii "Palermo", która pomimo, że stała naprzeciw naszego starego domu, nie była dotąd przez nas odwiedzana. Teraz miałem okazję zdać sobię sprawę dlaczego - ludzie przychodzili tam napewno nie na pizzę, która była droga i nie dobra. Przynajmniej wiem, że do tej pory nic nie straciłem. Na koniec pozabierałem ostatnie klamoty ze starego mieszkania, powyrzucałem to co rzucało się w oczy i zodnie z umową z właścicielem udałem się do sąsiada pod "jedynkę" oddać klucz. Ten jednak nie był zbyt skory do współpracy - burknął tylko przez zamknięte drzwi "czego?!", chociaż wcale nie chciał mnie słuchać. Odkrzyknął tylko, że jak mam sprawę pod "piątką" to niech sobie tam idę i nie przeszkadzam więcej - dobra moja - zachowałem klucze i miałem niezłą wymówkę, a nawet alibi.

 

 

01 sierpień 2004 (niedziela)

 

Nowy miesiąc, nowe mieszkanie...

Tej niedzieli nie mogłem spędzić jak należy, odpoczywając. Miałem za wiele niedokończonych spraw. Oprócz przeprowadzki musiałem przygotować na dziś plakat dla Eli, a nie miałem nawet podłączonego komputera. Od rana podjąłem próbę ogarnięcia chaosu, jaki panował praktycznie wszędzie. Na 14-stą umówiłem się ponownie z Jarkiem i jego koleżanką Agnieszką, byli moją ostatnią nadzieją na wywiezienie mebli z widma mojego starego mieszkania. Niestety i tym razem nie udało mi się z nimi dogadać. Musiałem wymyślić coś innego, ale to nie dzisiaj. Dzisiaj mam dość. Na noc poszedłem jeszcze na Jastrzębią, gdyż nie miałem ochoty na pobudkę Martina, który wracał o 4 nad ranem.


Najlepsze ujęcia mojej nowej hawiry: